Na co chorują polskie stocznie?
| 21.04.2009 | Autor: | [ 0 komentarzy ] |
- Wybierasz się do Polski?
- Zarezerwuj hotel w Polsce
- Wynajmij samochód w Polsce
- Chcesz pozyskać fundusze unijne?
- Złóż zapytanie ofertowe! >>
- Podobne tematy:
- Komisja Europejska: W Brukseli rusza Zielony Tydzień
- Komisja Europejska ostrzega: uwaga na kredyt przez Internet
- Strategia Europa 2020 - priorytety przewodnie
- Polska - inne artykuły:
- Studia europejskie na najwyższym poziomie - Kolegium Europejskie
- Zostań specjalistą ds. innowacji - zapraszamy na szkolenie!
- Europejski Kongres Gospodarczy 2012 dobiegł końca
„Nurtuje mnie, dlaczego człowiek najbardziej lubi dyskutować o sprawach, o których nie ma bladego pojęcia?”- to było ponoć jedno z ulubionych pytań Leonarda Da Vinci.
Pewnie każdy z nas nieraz takie rozmowy prowadził. Niejednokrotnie również patrzyliśmy z zażenowaniem jak pocą się inni, którym wiedza nie jest niezbędna do opisu i tłumaczenia rzeczywistości. Ostatnio na przykład możemy podziwiać wspaniały spektakl, dramat w istocie, o tym jak Komisja Europejska chce obrabować polskie stocznie. Da Vinci wykupiłby bilet w pierwszym rzędzie.
Łezka się kręci
Polskie wybrzeże i pół kraju kipi ze złości. Nie ma się co dziwić. To rzeczywiście nic przyjemnego, jeżeli okaże się, że trzy duże stocznie muszą zostać zamknięte, a około 15 tysięcy pracowników, z kooperantami kilkadziesiąt tysięcy, zostanie bez pracy. Powiedzmy sobie szczerze - boli i wkurza. Zwłaszcza, że mówimy o zakładach, będących kolebką „Solidarności”, polskim Trafalgar Square. Miejscem, które dziękczynnie odwiedzamy, by poczuć chociaż przez chwilę klimat męstwa i odwagi, których nośnikiem stocznie pozostaną już na zawsze. To właśnie stamtąd nadszedł sygnał do ataku. Gdańsk, Gdynia i Szczecin jako pierwsze rozpoczęły bezkompromisową walkę z uprzedmiotowianiem społeczeństwa. I wygrały.
Prawdopodobnie dzięki tamtym wydarzeniom zostaliśmy tak szybko członkami Unii Europejskiej. Ironia losu chce, że mowa o tej samej organizacji, która dziś może być katem polskiego przemysłu stoczniowego. Problem jedynie w tym, że tak naprawdę nie ona wydała wyrok. A kto?
KE - strażnik woli państw
Komisja Europejska w żargonie naukowym nosi miano „Strażnika traktatów”. Ma czuwać nad ich przestrzeganiem. Państwa Członkowskie, wstępując do UE, zaakceptowały jej rozwiązania prawne (tzw. „acquis communautaire”- wspólnotowy zasób prawny). Jest logiczne i bardzo pożądane, by w takim razie istniała ponadnarodowa, maksymalnie obiektywna instytucja, która z ramienia tylko i wyłącznie UE, będzie osądzać poczynania swych członków. Jeśli dostrzeże uchybienia, sprzeniewierzenie się uzgodnionym sposobom postępowania, to ma obowiązek – jak nauczyciel niesfornego ucznia - karcić. Co więc, zdaniem KE, młody europejski adept – czyli Polska - przeskrobał?
Pomoc publiczna- o co chodzi?
Ujmując sprawę w skrócie (patrz szerzej: Konrad Niklewicz; „Jak tonęły polskie stocznie”, wyborcza.pl). Polskie stocznie w wyniku zamieszania prywatyzacyjnego, niejasnych poczynań rządów ( wszystkich od 2002 roku), a przede wszystkim fatalnego zarządzania przynosiły straty liczone w setkach milionów złotych. Dla rządzących stoczniami i naszym krajem, stało się jasne, że bez pomocy państwa upadek zakładów będzie tylko kwestią czasu. Z Warszawy do Trójmiasta i Szczecina zaczęło płynąć różnorakie wsparcie - a to kasa, a to jakieś poręczenie kredytu. Pasowało też wszystkim, że Urząd Skarbowy natychmiast odwracał głowę w drugą stronę, gdy spoglądał na wyświetloną na swym monitorze nazwę „Stocznia” i widniejące poniżej kilkanaście cyfr oznaczających zaległości podatkowe. Przykre, ale takie działania są ujmowane przez prawo unijne jednoznacznie - pomoc publiczna.
Co do zasady państwa - należące do UE - mogą udzielać pomocy publicznej, jeżeli jest ona zgodna z tzw. wspólnym rynkiem. W przeciwnym razie KE żąda zwrotu przyznanych środków (w przypadku stocznie oznacza to na 99% ich upadek). Państwa UE utworzyły wspólny rynek w drodze „stopienia” go ze wszystkimi odrębnymi dotychczas rynkami krajów członkowskich. Mają nim rządzić mechanizmy wolnorynkowe, w których bardzo istotną rolę odgrywa zasada konkurencji. Ta z kolei może się w pełni realizować, tylko gdy żaden przedsiębiorca nie jest faworyzowany, gdy każdy stoi na równej pozycji i ma taką samą szansę osiągnąć sukces w biznesie. Inna jest przecież sytuacja np. stoczni w Hamburgu, która pomocy z Berlina nie otrzymuje, a inna stoczni w Gdańsku, która buduje statki za pieniądze nadesłane z Warszawy, czyli mówiąc wprost – za fundusze wszystkich polskich podatników. Przedsiębiorca z Hamburga byłby niewątpliwie pokrzywdzony, bo za to że lepiej zarządzał swoją firmą, mniej marnotrawił pieniądze i obronił się przed kryzysem w branży, nikt mu dotacji nie daje. Obrazując jeszcze bardziej, to tak jakby w Poznaniu istniały dwa przedsiębiorstwa budowlane, a tylko jedno z nich otrzymało na przykład ulgę podatkową. Mogłoby dzięki temu nieco obniżyć ceny swych usług i skusić tym nowych klientów czy zachowaną kosztem Skarbu Państwa kwotę, przeznaczyć na rozwój. Oczywiście, co w ten sposób zyskałaby sakwa pierwszego przedsiębiorcy, odbywałoby się kosztem drugiego. Reguły konkurencji zostałyby ewidentnie pogwałcone.
Ważenie interesów
Mimo to UE, ze względu na inne szczególne wartości, jak np. właśnie ochrona miejsc pracy, dopuszcza pod pewnymi warunkami możliwość pomocy państwa dla uczestników rynku wspólnego. Zwłaszcza, jeśli chodzi o strategiczne i wiodące dziedziny gospodarki danego państwa. W Polsce przemysł stoczniowy jest istotny przede wszystkim z punktu widzenia ilości pracowników, których zatrudnia. Dlatego, rzeczywiście, warto było podjąć próby ratowania pomorskich molochów. Naturalną drogą do tego celu jest - dozwolona przez UE – restrukturyzacja, odbywająca się właśnie dzięki pomocy publicznej.
W przypadku każdej restrukturyzacji z udziałem środków publicznych podstawowym dokumentem, który ustanawia kryteria dla oceny, czy dana pomoc publiczna jest zgodna ze wspólnym rynkiem, to „Wytyczne wspólnotowe dotyczące pomocy państwa w celu ratowania i restrukturyzacji zagrożonych przedsiębiorstw (Dz. Urz. UE C 244, 1.10.2004)”.
Z tego aktu wynika, że plan restrukturyzacyjny musi, co najważniejsze, przywrócić trwałą, długookresową zdolność do konkurowania na rynku. W zasadzie na tym można by skończyć, bo o naszych stoczniach, „uzdrawianych” od 2002r., (choć podkreślmy, że KE może badać tylko stan prawny od 2004 roku, czyli od czasu naszej akcesji do UE) można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jakakolwiek inna stocznia na świecie serio określa je jako swoich konkurentów. Dowód? W czerwcu 2002r. Polska miała 3,9 proc. w ogólnej liczbie zamówień na statki na świecie. Dziś jest to 0,66 proc. Po wielu restrukturyzacjach organizacja pracy, różnorakie plany, obliczenia przedsięwzięć i ich kosztorysy są tak doskonałe, że Stocznia Gdańska w 2006 roku odniosła stratę w wysokości 71 milionów złotych, a tylko w pierwszym kwartale 2008r. było to prawie 7 mln zł. Jeszcze gorzej jest w Gdyni i Szczecinie. Już w kwietniu zeszłego roku łącznie zanotowały stratę ponad 100 mln zł. Łapią powietrze, tylko i wyłącznie, dzięki pomocy publicznej. Mimo to, nie potrafią się wynurzyć na powierzchnię.
Nie ma dwóch zdań – polscy politycy stoją przed zadaniem karkołomnym. Jak to bowiem zrobić, by członkowie Komisji Europejskiej – cytując klasyka – nie uwierzyli, że czarne jest czarne, a białe jest białe? Pod jakim kątem pokazać im polskie stocznie, by nabrali przekonania do wizji wielu polskich zaklinaczy rzeczywistości, że zakłady w Gdańsku, Gdyni i Szczecinie to prężnie działające przedsiębiorstwa? Nie są to wbrew pozorom pytania do końca retoryczne, bo pewnie niedługo niejeden polityk udzieli na nie wyczerpujących odpowiedzi.
Między obowiązkiem, a przysługą
Komisja Europejska jest w niewdzięcznej sytuacji. Z jednej strony, jako organ niezależny, jej obowiązkiem jest przestrzegać unijnych regulacji. Z drugiej ma świadomość, że stocznie zapewniają wiele miejsc pracy i dla Polaków mają także walor szczególny, bo duchowy. Utożsamiają i łechtają nasze poczucie heroizmu i wyjątkowości. Biorąc to pod uwagę KE musi zważyć oba interesy i podjąć słuszną decyzję. My natomiast, Polacy, musimy pamiętać, że to nie Bruksela doprowadziła nasze zakłady do stanu ruiny. Prawo unijne jest klarowne - pomoc publiczna może być zastosowana tylko w określonych warunkach, których nie dochowaliśmy. Pomorskim stoczniom zabrakło umiejętnego zarządzania, racjonalnej polityki zatrudnienia, skrupulatnego nadzoru ze strony rządu. Uzbrojone za to były w duże pokłady optymizmu, wierząc, że UE, tak jak to robiły polskie instytucje, przymknie oko na samowolę, nieudolność i darmowe karmienie publicznymi środkami.
Nadzieja umiera ostatnia
Żadne ostateczne decyzje jeszcze nie zapadły. Może KE i polski rząd wypracują zaskakujące rozwiązanie, które nasyci wilka i uratuje owieczkę. Miejmy nadzieję. W każdym jednak razie powinniśmy pamiętać, że nie jest to bitwa o wskazanie winnego, bo ten, niestety, odbija się nam w lustrze. Działaliśmy wbrew prawu, które od 2004 roku nas obowiązuje.
Zostawmy więc w spokoju wykonawcę prawa, które sami przecież zaakceptowaliśmy, bo gdyby w składzie Komisji Europejskiej były same roboty, zaprogramowane na sztywne i bezlitosne egzekwowanie tego, co zapisane w traktatach, to można śmiało stwierdzić, że już dziś po stoczniach zostałyby tylko upamiętniające tabliczki.
Warto więc wrócić do tytułowego pytania. Czy skazując kogoś niesłusznie na śmierć, wyrzuty sumienia powinien mieć wykonujący obowiązek kat, czy osoby, które w istocie spowodowały tą sytuację?
Na podstawie:
1. uokik.gov.pl
2. wyborcza.pl
3. ec.europa.eu
4. bankier.pl
5. A. Łazowski(red.), A. Łabędzka, M. Szpunar: „Prawo Unii Europejskiej”; Wydawnictwo C. H. Beck; Warszawa 2008



