THMPD - koniec ziołolecznictwa w UE?
| 22.06.2011 | Autor: Agata Koim | [ 0 komentarzy ] |
Zioła były używane przez człowieka od wieków. Unijna dyrektywa jest odbierana jako zamach na wolność i możliwość korzystania z tego, co oferuje natura.
Źródło: Wikipedia
- Chcesz pozyskać fundusze unijne?
- Złóż zapytanie ofertowe! >>
- Podobne tematy:
- Komisja Europejska: W Brukseli rusza Zielony Tydzień
- Komisja Europejska ostrzega: uwaga na kredyt przez Internet
- Strategia Europa 2020 - priorytety przewodnie
- Unia Europejska - inne artykuły:
- Odnowiona strategia lizbońska - konieczne zmiany?
- Europejski Plan Odbudowy Gospodarczej - bliżej wyjścia z kryzysu?
- Staż dziennikarski w Parlamencie Europejskim
1 maja br. weszła w życie unijna dyrektywa dotycząca tradycyjnych ziołowych środków leczniczych. Narzuca ona poważne ograniczenia w stosowaniu medykamentów naturalnego pochodzenia.
Czym jest THMPD?
THMPD, czyli The Traditional Herbal Medicinal Products Directive to unijny dokument, który narzuca poważne ograniczenia w dystrybucji ziołowych środków leczniczych. Dyrektywa została uchwalona w 2004 roku, a jej podstawowym założeniem było dopuszczenie do legalnego handlu tylko tych produktów, które zostaną zarejestrowane w odpowiednich instytucjach do 30 kwietnia 2011 roku. Jeżeli taki krok nie został podjęty, produkt tym samym ulega delegalizacji na terenie całej UE. Warunkiem uzyskania rejestracji było udowodnienie tego, że przez 30 ostatnich lat, w tym przez 15 na terenie UE, dany środek wykazuje się nieprzerwanym bezpiecznym stosowaniem. W praktyce oznacza to dokonanie ekspertyzy i badań laboratoryjnych danego preparatu.
Unijna motywacja
Według twórców dyrektywy jest ona bezwzględnie potrzebna – ma zapewnić bezpieczeństwo pacjentom, którzy często korzystają z leków ziołowych nieumiejętnie bądź zażywają środki, których bezpieczeństwo nie jest w żaden sposób potwierdzone. John Dalli, komisarz UE ds. Zdrowia tłumaczy: Dotarliśmy obecnie do końca długiego okresu przejściowego, dzięki któremu producenci i importerzy tradycyjnych, roślinnych produktów leczniczych uzyskali czas potrzebny na wykazanie, że ich produkty mają dopuszczalny poziom bezpieczeństwa i skuteczności. Pacjenci mogą teraz mieć zaufanie do tradycyjnych produktów leczniczych roślinnych, które kupują w UE.
A co na to obywatele?
Dyrektywa wzbudziła bardzo duży sprzeciw we wszystkich krajach UE. Powstało wiele kampanii medialnych, niektóre z nich miały na celu podjęcie prawnych środków dążących do wstrzymania wejścia w życie ustaleń zawartych w dokumencie. W kampanie zaangażowana była m.in. Alliance for Natural Health; organizacja Avaaz stworzyła petycję przeciwko ustaleniom dyrektywy. W Polsce akcję organizowała StopCodex wraz z Fundacją Incoria, także wiele osób prywatnych grupowało się i tworzyło eventy protestacyjne. Na Facebooku powstała kampania sondażowa (chodziło o wyrażenie opinii), pt. Wstrzymać dyrektywę dot. tradycyjnych ziołowych produktów leczniczych.
Zarzuty wobec dyrektywy grupują się wokół kilku zagadnień. Po pierwsze, jest odbierana jako poważny i drakoński zamach na swobody obywatelskie. Przeciwnicy podkreślają, że każdy człowiek ma niepodważane prawo do wyboru metody leczenia, jaką chce zastosować. Inni nie mogą decydować za niego ani narzucać innej metody. Poprzez niniejszą dyrektywę politycy unijni odmawiają obywatelom tego prawa, a także podważają zdolność dorosłego człowieka do podejmowania rozsądnych decyzji. Po drugie, według oponentów, dyrektywa służy tak naprawdę napędzaniu zysków i monopolu biznesu farmaceutycznego. Tym samym politycy unijni nie dbają tak naprawdę o dobro obywateli, ale o korzyści, jakie państwa i koncerny będą czerpać ze sprzedaży leków. Tym samym zmusza się także ludzi do wybrania syntetycznych medykamentów, które mają wielu przeciwników i równie dużo poważnych skutków ubocznych. Dodatkowo procedura narzucona przez Unię jest dostosowana do firm produkujących farmaceutyki, a nie do zasad rządzących produkcją leków ziołowych. Politycy unijni zapominają, że ze względu na inną metodę wytwarzania i kompleksowy skład tych preparatów, nie można wobec nich stosować wyłącznie standardów farmaceutycznych. Większość producentów leków ziołowych to zakłady małej i średniej wielkości – tym samym mogą one nie posiadać środków na przeprowadzenie skomplikowanej procedury rejestracyjnej. Fakt ten najprawdopodobniej pociągnie za sobą albo upadłość firmy albo znaczne podwyższenie kosztów dystrybucji leków, co uderzy w klientów.
Dodatkowo dyrektywa jest także bardzo daleko idąca w skutkach dla dostawców składników służących do produkcji środków ziołowych – bardzo często są to pojedynczy ludzie lub małe grupy rolników – taka polityka może mieć dramatyczny wpływ na utrzymanie się np. niewielkich wiosek, które cały swój dochód czerpią z takiej produkcji. Poważnym zarzutem jest to, że dyrektywa dyskredytuje najstarsze i najbardziej rozwinięte tradycje medycyny naturalnej na świecie, które sprawdzają się od kilkuset, a nawet kilku tysięcy lat. W skład tych technik wchodzi Ayurweda, tradycyjna medycyna chińska, tradycje medyczne Południowo-Wschodniej Azji, Tybetu, Amazonii i Południowej Afryki. Ponieważ pierwszeństwo w rejestracji mają leki służące do niezbyt istotnych zastosowaniach, dyrektywa uderza a mniejszości etniczne, które nieraz mają wypracowany kompleksowy system leczenia wszystkich schorzeń, także tych bardzo poważnych, przy użyciu tradycyjnych metod. Doktor Robert Verker z Alliance for Natural Health podkreśla, że wycofanie środków ziołowych ze sprzedaży spowoduje poszukiwanie ich na różnego rodzaju portalach internetowych, gdzie produkty w żaden sposób nie są sprawdzane, a tym samym mogą być bardzo niebezpieczne. Rafał Jędrasik w swojej akcji facebookowej, przyznaje, że nieumiejętne stosowanie ziół może być niebezpieczne, ale aby temu zapobiec UE powinna zainwestować w programy edukacyjne i poszerzanie świadomości, a nie zakazywać.



