Bliskowschodnie ruchy demokratyczne a europejska gospodarka
| 06.02.2011 | Autor: Dagmara Ikiert | [ 0 komentarzy ] |
Czołgi Armii tunezyjskiej na placu Habiba Burgiby w Tunisie
Źródło: Wikimedia Commons
Manifestanci na placu Tahrir w Kairze
Źródło: Wikipedia
- Chcesz pozyskać fundusze unijne?
- Złóż zapytanie ofertowe! >>
Wraz z burzliwymi wydarzeniami w Egipcie i Tunezji, europejskie przedsiębiorstwa na nowo obliczają granicę ryzyka w swoich bliskowschodnich inwestycjach.
Bliskowschodnia walka o demokrację a jej wpływ na gospodarkę europejską
Po tym, jak olbrzymia ilość europejskich firm postawiła na inwestycje w krajach rozwijających się, właśnie takich jak Egipt czy Tunezja, część z nich już zaczyna odczuwać na własnej skórze skutki podjętego ryzyka. Po kilkunastu latach bezproblemowych inwestycji, powraca pytanie o ich słuszność. Stabilne jak do tej pory rządy egipskie i tunezyjskie stwarzały doskonałe warunki dla implementacji zagranicznych firm. Od kilku tygodni, a dokładnie od pierwszych zamieszek tak zwanej Rewolucji Jaśminowej, w skutek której dotychczasowy prezydent Tunezji Ben Ali opuścił kraj, inwestorzy zaczynają zastanawiać się nad swoją przyszłością na rynkach bliskowschodnich. Tym bardziej, iż fala demokratycznych i kontestacyjnych wystąpień ogarnęła już Egipt oraz zaczyna zbierać żniwo w Jemenie i Jordanii. We wtorek francuskie firmy obecne w Egipcie zostały podjęte przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych w celu rozwiązania problemu bezpieczeństwa francuskich emigrantów w kraju nad Nilem. Nadzwyczajne posiedzenie odbyło się na Quai d'Orsay, a uczestniczyli w nim najwięksi potentaci bankowi tacy, jak BNP Paribas, Crédit Agricole i Société Générale, przemysłowi: Lafarge, Schneider Electric, Air Liquide i Danone oraz usługodawcy: Accor i Veolia Environnement. Przebudzenie z bliskowschodniego snu jest trudne, zwłaszcza gdy przyjmiemy, że w ciągu ostatniej dekady kraje wschodzące stanowiły dwie trzecie wzrostu światowego PKB. Dla zaangażowanych w Egipcie czy Tunezji firm są to olbrzymie sumy, z których utratą ciężko będzie się pogodzić. Już teraz zamieszki zahamowały rozwój gospodarki, przedsiębiorstwa obawiają się jednak najbardziej zmian w podejściu nowych władz do zagranicznych inwestycji na terenie ich krajów. Według najnowszych danych opublikowanych na Konferencji ONZ ds. Handlu i Rozwoju (UNCTAD), kraje rozwijające się przyjęły w zeszłym roku 50% wszystkich bezpośrednich inwestycji zagranicznych, czyli około 595 miliardów dolarów.
Bilans ryzyka
Dla francuskich firm, które zostały zmuszone do zawieszenia działalności w czasie zamieszek w Tunezji i Egipcie, poniesione straty są znaczące. Strach przed odradzaniem się ryzyka inwestycji na bliskowschodnich rynkach wschodzących musi być jednak zrelatywizowany. Marie-France Raynaud, Kierownik Coface Country Risk, agencji specjalizującej się w badaniu zasięgu ryzyka różnych krajów, twierdzi, iż "Musimy być świadomi, że w sumie poziom ryzyka gwałtownie spadł w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Bilans płatniczy większości krajów wschodzących ustabilizował się, rezerwy walutowe są najwyższe od zawsze, a i deficyt publiczny jest znacznie niższy od tego w krajach uprzemysłowionych." Raynaud przekonuje, iż "Problemy są bardziej natury politycznej niż ekonomicznej." Eksperci są zgodni co do tego, iż dynamika rozwoju nadal będzie się koncentrować na rynkach wschodzących w nadchodzących latach. "Trudności, które napotykamy w tym momencie w dzisiejszym Egipcie i Tunezji w żaden sposób nie powinny stanowić realnego zagrożenia dla fantastycznego potencjału wzrostu w regionach rozwijających się. Nasze firmy muszą nadal inwestować", powiedział Jean-Pierre Petit, prezes Cahiers verts de l'économie (Zielone zeszyty gospodarki).
Kryzys polityczny na Bliskim Wschodzi a życie codzienne w Europie
Nie należy uogólniać kryzysu w Tunezji i Egipcie, ale nie ma raczej wątpliwości co do tego, że należy spodziewać się tymczasowego pogorszenia sytuacji w wielu regionach świata arabsko-muzułmańskiego. Zryw demokratyczny w Tunezji falą zalewa kolejne kraje, które podążając za przykładem swojej północnoafrykańskiej siostry, zaczynają domagać się zmian.
Zastanawia jaki wpływ mogą mieć te wydarzenia na życie Europejczyków, którzy zamieszkują przeciwległy brzeg Basenu Morza Śródziemnego. Przede wszystkim, nowe rządy mogą nie być tak przychylne obcokrajowcom jak dotychczas. O tyle, o ile w Tunezji laicka oraz liberalna scheda jest bardzo żywa, w Egipcie wieloletnie rządy Mubaraka doprowadziły do rozwoju nurtów islamskiego fundamentalizmu (np. Braci Muzułmanów), które nie są zwolennikami europejskiej ingerencji w interesy państwa. Ucierpieć może zatem przede wszystkim turystyka, zwłaszcza Egiptu będącego w tym momencie najpopularniejszą destynacją turystyczną wśród europejskich wycieczkowiczów. Ciężar wakacyjnych eskapad może zatem przesunąć się w stronę takich krajów jak Maroko i Turcja, którym polityczne przewroty raczej nie grożą. Z kolei w Tunezji bardzo mało prawdopodobne jest odejście od turystycznego modelu gospodarki, jako iż ten mały kraj nie dysponuje praktycznie żadnym innych potencjałem. Możliwe jednak, iż w związku z kryzysem politycznym, który pociągnął za sobą straty finansowe, Tunezja przestanie być najtańszą destynacją dla europejskich podróżników. Na kilka sezonów najprawdopodobniej należy zapomnieć o tygodniu błogiego lenistwa all inclusive za 800 zł.
Dodatkowe obawy dotyczą zamętu na rynku paliw w Europie, a przede wszystkim Kanału Sueskiego. Sam Egipt nie produkuje znaczących ilości ropy, zajmuje jednak ważne miejsce na trasie tranzytu czarnego złota pomiędzy Półwyspem Arabskim, a krajami tzw. Zachodu. Egipt ma całkowitą kontrolę nad Kanałem Sueskim i rurociągiem śródziemnomorskim. Około trzech milionów baryłek ropy jest transportowanych tymi dwoma ścieżkami. Eksperci nie wierzą w duże prawdopodobieństwo ataków na instalacje Kanału, uważają jednak, że potencjalny strajk może mieć wpływ na ruch tankowców. Zamknięcie Kanału wydłużyłoby transport ropy w kierunku Ameryki Północnej o 10 dni, do Europy o 18. Europa posiada oczywiście wystarczające rezerwy, aby poradzić sobie z tego typu trudnościami, jednak nie ma rozwiązania na automatyczny skok cen ropy naftowej.



