1941 - wspomnienia z okresu wojny
| 03.01.2011 | Autor: Ludwik Kowalski | [ 0 komentarzy ] |
Ludwik z rodzicami w roku 1936
Źródło: Własne zdjęcie
- Wybierasz się do Rosji?
- Zarezerwuj hotel w Rosji
- Wynajmij samochód w Rosji
- Podobne tematy:
- Słowacja: obraz Hitlera na aukcji w Koszycach
- Brytyjskie wojsko nie będzie już stacjonować w Niemczech
- Hołd Szujskich - historia nieznana
- Rosja - inne artykuły:
- Nasi rywale na Euro 2012 - reprezentacja Rosji
- Julian Assange ma własny program telewizyjny
- Bezpłatne ekspertyzy dotyczące Rynków Wschodnich
Mieszkaliśmy niedaleko Moskwy, miałem wtedy 10 lat. Oto moje wspomnienia z okresu wojny - rok 1941.
Wspomnienia z okresu wojennego - wstęp
W 1941 roku mieszkaliśmy z mamą niedaleko Moskwy. Niedawno miałem okazję do napisania osobistych wspomnień z tego okresu. Było to zadanie domowe na kółku literackim dla Amerykanów w wieku dojrzałym, dla tzw. “senior citizens”. Zbieramy się co miesiąc i dyskutujemy na temat naszych wypracowań. Jest to bardzo przyjemne zajęcie kulturalne. Oto link do mojego oryginalnego tekstu napisanego po angielsku: http://csam.montclair.edu/~kowalski/life/dedenievo.html
Niżej pokazane polskie tłumaczenie jest rozszerzoną wersją pierwszej części mojego życiorysu, zatytułowanego: "Pamiętniki byłego komunisty; myśli, uczucia, rzeczywistość”. Niestety książka ta istnieje tylko w języku angielskim. Każdy kto jest zainteresowany przeczytaniem całości, znajdzie ją pod adresem: http://csam.montclair.edu/~kowalski/life/intro.html
Książka ta została napisana na podstawie dzienniczków, które prowadziłem w latach 1946-2004, w ZSRR, Polsce, Francji i w Stanach Zjednoczonych, gdzie mieszkam od roku 1964. Obrazuje ona moją ewolucję od jednej skrajności (bycia oddanym Stalinistą, jako student na Politechnice Warszawskiej) do drugiej (bycia aktywnym anty-komunistą na emeryturze). Dlaczego dzielę się tym linkiem za darmo, zamiast zarabiać na sprzedaży wydrukowanych książek? Bo pisanie było dla mnie obowiązkiem moralnym wobec rodziców, wobec innych ofiar stalinizmu i wobec Polski.
=============================================
Napaść na Związek Radziecki
W 1941 roku, mieszkaliśmy z mamą w Dedenievo - małym osiedlu (55 km na północ od Moskwy) nad brzegiem słynnego kanału Moskwa-Wołga. Linia kolejowa łącząca Moskwę z Leningradem i szosa asfaltowa też przechodziły przez Dedenievo. Nadal pamiętam nazwy niektórych otaczających nas wiosek, np.: Medviedki, Tselkowo, Szukołowo itd. Były to gospodarstwa kolektywne (kołchozy). Mieliśmy też szkołę, sanatorium (gdzie mama pracowała jako pielęgniarka), dom dla inwalidów, szpital, dwa sklepy, bibliotekę, aptekę i pocztę. Był tam też duży, częściowo zrujnowany kościół. Wieża tego prawosławnego zabytku dominowała nad całym obszarem, było ją widać z odległości wielu kilometrów. Północna ściana kościoła była wywalona i przechodnie mogli widzieć ogromny obraz Chrystusa namalowany na wewnętrznej ścianie. Zawsze byłem zafascynowany tym, że jego oczy wodziły za mną, kiedy przechodziłem tamtędy.
Pewnego ranka, będąc w sklepie, usłyszałem, że Związek Radziecki został zaatakowany przez Niemców. Natychmiast pobiegłem do oddalonego o pół kilometra sanatorium, aby podzielić się tym, co usłyszałem. Włączono odbiornik i słuchano ostatniej części przemówienia ministra spraw zagranicznych - Mołotowa. Innym zapamiętanym szczegółem był rozkaz wydany następnego dnia. Wszystkie odbiorniki radiowe - a my mieliśmy jeden - muszą być dostarczone do urzędu pocztowego. Władze terenowe oznajmiły, że części radiowe są potrzebne dla wojska. Czy naprawdę było to głównym powodem? Prawdopodobnie nie. Myślę, że chciano nas ochronić przed niemiecką propagandą. Po tym dniu mogliśmy polegać wyłącznie na informacjach przekazywanych przez głośniki podłączone do stacji Sowieckiej.
Jedenaście dni później usłyszałem pierwsze przemówienie Stalina. Oto jego słowa: "Towarzysze! Obywatele! Bracia i siostry! Ludzie z naszej armii i marynarki! Zwracam się do was, moi przyjaciele! . . . " Powiedział, że zaatakowały nas najlepsze dywizje Hitlera, ale spotka je zgubny los na polu bitwy. Potem jednak dodał, że wróg wciąż prze naprzód. Byłem bardzo zaskoczony, że nasz kochany przywódca miał bardzo silny gruziński akcent. Wszędzie pojawiły się plakaty: "Wszystko dla frontu, wszystko dla zwycięstwa", "Ojczyzna wzywa" itd. Każdego dnia słyszeliśmy przygnębiające komunikaty radiowe, takie jak "dziś, jak planowano, nasze jednostki opuściły Mińsk". Ludzie nie mieli pojęcia, co się naprawdę działo na zachodzie. Związek Radziecki był całkowicie nieprzygotowany do wojny i straty, jak dziś wiemy, były ogromne. Nasza szkoła funkcjonowała, ale połowę czasu poświęcono sprawom wojskowym. Uczono nas jak radzić sobie z małymi bombami zapalającymi, jak posługiwać się karabinami (bez ostrej amunicji), jak rzucać granaty (bez zapalników) itd.
Niemcy zbliżają się do Moskwy
Pewnego dnia przywieziono do Dedenieva cały pociąg nędznie wyglądających i nie mówiących po rosyjsku Uzbekow. Powiedziano nam, że jest to dywizja frontu pracy. Każdego ranka, eskortowani przez uzbrojonych żołnierzy, byli oni doprowadzani do kopania okopów, do budowania fortyfikacji itd. W nocy spali na podłogach wysokiego budynku niedaleko od domku, w którym odnajmowaliśmy mały pokój. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że dywizja ta była mobilnym obozem na wzór Gułagu.
Stada krów, owiec i koni pochodzących z okolicznych kołchozów, były prowadzone wzdłuż szosy w kierunku Moskwy. Obowiązującą zasadą było nie pozostawiać niczego Niemcom. W tym czasie moja mama i sąsiad kupili prosiaka od chłopa z pobliskiej wsi. Został on ubity długim nożem, a następnie podzielono go na dwie części, jedna dla nas, a druga dla sąsiada. Nigdy nie zapomnę strachu jaki przeżyłem oglądając ubój i słysząc rozpaczliwy ryk zabijanego zwierzęcia.
Kilka tygodni później przeżyłem podobny strach w zupełnie innych okolicznościach. Żołnierz Armii Czerwonej podszedł do mnie i zapytał o najlepszy sposób do przejścia na drugą stronę kanału. Był to prawdopodobnie ranny; jego zabandażowana ręka podtrzymywana była pętlą sznura zawieszonego przez głowę. Wiedziałem, że kanał był już zamarznięty i można go było przekroczyć prawie wszędzie. Ale wiedziałem też, że nie wolno było podać żadnych informacji osobom postronnym - każdy może być szpiegiem niemieckim - wpajano nam. Więc zamiast odpowiedzi, powiedziałem: "Wiem, do kogo się zwrócić, chodź ze mną". I poszliśmy w kierunku budynku strzeżonego przez uzbrojonych żołnierzy. Powtórzyłem im pytanie rannego i poszedłem w kierunku domu. Po chwili usłyszałem znajomy trzask zamka karabinowego. Odwróciłem głowę do tyłu i zobaczyłem, że lufa karabinowa skierowana była w stronę rannego żołnierza.
Myśląc, że go zabijają, pobiegłem do domu, wskoczyłem na łóżko i przykryłem głowę poduszką. Poprzedni strach doświadczony podczas zabijania prosiaka był taki sam, jak lęk który czułem podczas tego zdarzenia. Ale strzału nie było. “Nie zabiliśmy go” - powiedział mi później strażnik - “Zostanie on ukarany jako dezerter”. Kilka dni później, szukając drzewa w opuszczonej szopie, ujrzałem ciała dwóch żołnierzy radzieckich. Czy oni również byli dezerterami? Być może ukrywali się w tej szopie i zmarli przez sen. Ten rodzaj śmierci jest podobno zupełnie bezbolesny.
Też mógłbym być wśród spalonych żywcem
Dwa tygodnie później Niemcy byli tylko kilka kilometrów od naszej osady. Pewnego wieczoru, prawdopodobnie pod koniec października, most kolejowy nad kanałem został wysadzony w powietrze przez saperów radzieckich. Wtedy Armia Czerwona wycofała się z Dedenieva i znaleźliśmy się pomiędzy dwiema armiami przez okres około jednego tygodnia. Osada była mocno bombardowana przez niemieckie samoloty. Budynek obok szkoły został zniszczony przez dużą bombę, która pozostawiła krater na około 50 metrów szerokości i 30 metrów głębokości. Ta bomba była prawdopodobnie przeznaczona dla wieży kościoła. Niemcy mogli podejrzewać, że był on punktem obserwacyjnym. Okna domu inwalidów zostały wybite przez liczne eksplozje. Jednej nocy większość pacjentów zmarła z zimna. Następnego dnia moja mama nosiła na plecach do szpitala tych, którzy przeżyli.
Matka pracowała potem w szpitalu, po drugiej stronie ulicy od podkościelnego schroniska, w którym mnie zostawiła. Przed wojną miejsce to było używane do przechowywania warzyw dostarczanych dla państwa z okolicznych kołchozów. Około 100 osób przebywało tam, siedząc na kupach marchwi i ziemniaków. To właśnie tutaj usłyszałem po raz pierwszy o specjalnych niemieckich jednostkach wojskowych przeznaczonych do zabijania Żydów i komunistów. Miałem wtedy 10 lat. Marzyłem o przyłączeniu się do partyzantów.
Pierwsze Sowieckie zwycięstwo
W przerwie między bombardowaniami mama przyszła do schronu i powiedziała, że będzie mi lepiej w szpitalu razem z nią. Kiedy szliśmy do wyjścia, bomby zaczęły ponownie padać. Jedna z nich trafiła w drewniany budynek szpitala, pokrywając w ruinach około stu osób. Słyszeliśmy wołania o pomoc, ale nic nie można było zrobić. Później w nocy wybuchł pożar. Ci, którzy przeżyli bombę - spłonęli żywcem.
Pierwsze zwycięstwo radzieckie podczas II wojny światowej, odrzucające Niemców od Moskwy, miało swój początek w miejscu, w którym mieszkaliśmy. Tydzień później poszedłem do Jachroma, najbliższej osady, z której Niemcy odeszli. Tutaj natrafiłem na dwa opuszczone niemieckie czołgi. Wdrapałem się na jeden z nich, otworzyłem właz i wlazłem do środka. Nie było to rozsądne - dopiero później uświadomiłem sobie, że czołg mógł być zaminowany.
Huk armat słabnący z dnia na dzień, wreszcie udzielił miejsca względnej ciszy. Był to początek bardzo trudnych dwóch lub trzech lat dla nas, ze względu na ograniczoną podaż żywności. Podobnie jak większość, zaczęliśmy uprawiać własne ziemniaki gdziekolwiek się dało. Mieliśmy pokój w bardzo prymitywnym baraku, bez wody bieżącej i bez ustępu. Każda rodzina miała jeden pokoik. Połowa naszej przestrzeni była używana do przechowywania ziemniaków. Spożywaliśmy je oszczędnie, tak by starczyło do następnego lata. Wiosną zadowalaliśmy się jajami zbieranymi z ptasich gniazd i świeżymi pokrzywami. Nieco później, w lecie, jedliśmy wrony, szczaw i jagody. Codziennie zajmowałem się zbieraniem grzybów i łowieniem ryb. Byliśmy stale głodni. Zimy były bardzo surowe. Przeżyliśmy, bo ja zbierałem drzewo w lesie i kradłem odrzuty w pobliskim tartaku.
Dalsze lata były bardzo trudne
Mięso z prosiaka, które kupiliśmy jesienią, było ważnym składnikiem naszej diety. Na wiosnę pozostała nam tylko jedna duża kość; wisiała ona na gwoździu wbitym w drewnianą ścianę. Mama mawiała, że kość tą należy zachować jako ostatni ratunek. W końcu została ta ozdoba użyta do przyrządzenia bardzo smacznej zupy. Byłem niezmiernie podekscytowany, widząc kółka tłuszczu pływające na powierzchni aromatycznego rosołu. Rok później byłem jeszcze bardziej podekscytowany aromatem wydobywającym się z otwartej puszki mięsa amerykańskiego. Nazwa rosyjska tej królewskiej potrawy brzmiała "swinaja tushonka". Nigdy więcej nie doznałem tak wspaniałego wrażenia kulinarnego. Tak, to był mój pierwszy posiłek amerykański. Kto by pomyślał, że będę go opisywać 68 lat później.



